Dziś przychodzę z nowością do twarzy, no może już nie taką nowością, bo używam go od marca ;). W każdym bądź razie myślę, że mogę o nim już co nieco napisać. Mowa o nawilżającym kremie Cliniqe z serii pep-start.
Zacznę natomiast od początku... Przez kilka lat używałam żel-krem Yves Rocher Sebo Vegetal (było o nim tu), ale po czasie przestałam widzieć jego zalety. Prawdopodobnie moja kapryśna buzia się do niego przyzwyczaiła, a nawet zaczął mi szkodzić, bo niemiłosiernie mi ją przesuszał. Zaczęłam szukać zatem czegoś, co będzie idealne pod makijaż - zmatowi, ale też i nawilży (kobieca logika ;) ). Naczytałam się wiele o przeróżnych kremach, ale dopiero ten wzbudził we mnie wirtualny zachwyt. Same pozytywne opinie!
Bałam się tylko, że mnie uczuli ;). Na szczęście nic z tych rzeczy! Pamiętacie, jak jakiś czas temu pisałam Wam tu, o idealnym kremie pod oczy? Wszystko przez powyższy krem, bo naprawdę daawno nie spotkałam się z tak pozytywnymi opiniami, jakie ma seria pep-start.
Ale wracając do kremu do twarzy... Jest cudowny! Wystarczy odrobinka by pokryć całą twarz - używam go od 4 miesięcy, a nie zużyłam nawet połowy, więc kwota 90 zł nie odstrasza :P. Faktycznie pięknie nawilża skórę i daje natychmiastowy efekt takiego jakby satynowego matu. Wyrównuje powierzchnię skóry jak przy użyciu fotoszopa! Szybko się wchłania, pod warunkiem, że nałożymy go z umiarem ;). Mi zdarzyło się czasem przedawkować, ale wystarczyło odczekać 5 minut, by dobrze się wchłonął. Nakładanie podkładu również to czysta przyjemność z tym kremem.
Piękne, solidne opakowanie. Dziękuję, nie potrzebuję nic więcej do szczęścia :).






