Och! Jak ja się broniłam przed napisaniem dzisiejszego posta - moje lenistwo chciało wziąć nade mną górę, ha! ale, jak widać nie udało się ;). Przechodząc od razu do rzeczy, bo nim się obejrzę zacznę znowu lać wodę :P.
Postanowiłam te trzy produkty umieścić w jednym poście, ponieważ nie ma zamiaru jakoś super się nad nimi rozwodzić.
Na pierwszy ogień idzie Escada Turquoise Summer - wszystkie sygnały na świecie zapowiadają Lato :P, i skraplając się tym zapachem chciałam je przywołać chociażby w moich nozdrzach. No nie wyszło. Po pierwsze jest to woda toaletowa, więc nie spodziewałam się spektakularnego ogona czy trwałości, ale pewne żądania jak na tą półkę cenową miałam ;). Trochę się zawiodłam zwłaszcza, że w liceum pokochałam odpowiednik tego zapachu z Bi-es i utkwił mi on na tyle w pamięci, że teraz mogę śmiało stwierdzić, że podróba okazała się o niebo trwalsza, dziesięć razy tańsza i po prostu zapach lepiej mi odpowiadał. Oryginał jest na pewno bardziej kwaśny, aniżeli słodki - a pudel słynie z tego, że po pierwsze czuć mnie z daleka, a po drugie, że są to ciężkie słodkie zapachy. Więc tu kolejne rozczarowanie, jak i fakt, że wypsikałam 30 ml w jakieś dwa tygodnie - ZAZNACZAM nie codziennego używania. Słabo. W zasadzie to tyle, na pewno zastosuję zasadę WWZ - wypsikać, wyrzucić, zapomnieć. No dobra, to nie moja zasada - wymyśliłam to teraz :D.
Lovely paleta cieni Fabulous kit - zakochałam się w przepięknym metalowym opakowaniu z lusterkiem w eleganckim stylu lat 60tych! Uffff! napisałam to na jednym wdechu, ale tak szczerze, to jestem cholerną gadżeciarą i kupiłam je ze względu na wygląd, na początku nawet nie zaglądając do środka :P. Jest po prostu przepiękne, kolory jak się później okazało idealne. Co prawda bardziej lubuję się w matach i te też używam, ale nie zamykam się na te przepiękne perły - może kiedyś zaszaleję ;). Na co dzień nie używam w ogóle cieni, stawiam na totalny minimalizm - a tak na serio to nie mam na to czasu rano :P. Ale, jak zaoszczędzę jakąś minutę, czy dwie to sięgam po najlepszy kolor świata - Pretty Flake (pierwszy od lewej z tych mniejszych 6 kolorów). Daje bardzo delikatny efekt, taki wiecie make up no make up ;). Jak już gdzieś się wypuszczam i zależy mi na mocniejszym oku, to używam Party Look + Pretty Flake + kreska z Perfect Sense i to daje efekt wow. Cienie są naprawdę świetnej jakości, rewelacyjnie napigmentowane, nie osypują się a blendowanie to czysta przyjemność. Pozostałych kolorów jeszcze nie tykałam (na oko), jak już to wyżej zaznaczyłam, ale słoczowałam na dłoni i również są super napigmentowane i pięknie błyszczą.
Pora na Wibo, które jakiś czas temu wprowadziło nowość - paletka I choose what i want, w wolnym tłumaczeniu wybieram, to co chcę. Jest to o tyle fenomenalne rozwiązanie, że np. podczas wyjazdu nie muszę dźwigać 4 różnych kosmetyków + lusterko tylko wszystko mam w jednym małym zgrabnym opakowaniu i to w odcieniach, jakie mi tylko pasują - wiecie nic narzucone z góry. Zdecydowałam się na rewelacyjny puder bananowy, recenzję wersji sypkiej macie tu - jest to dokładnie ten sam produkt. Rozświetlacz sun ray - przepiękny ciepły, szampański odcień, który baaardzo odbija światło, używam go gdy chcę total glow efekt. Na co dzień niezmiennie od 4 lat - Mary Lou manizer od the Balm, który jest nieco delikatniejszy (było o nim tu). Róż Cayenne - baaardzo podoba mi się ten odcień żałuję tylko, że nie jest matowy, bo aż tak nie lubię błyszczeć, ale! myślę, że Latem to będzie mój hit. Bronzer Chestnut - przepiękny, aczkolwiek nieco ciepły odcień. Teraz gdy moja skóra nie jest już tak opalona sprawdza się idealnie, bo Beach Cruiser który mam w odcieniu 3 teraz jest minimalnie za ciemny i jak tylko stracę czujność na chwilę wyglądam jak latynoska z odciętą twarzą (było o nim tu).
Ufff! Cieszę się, że dotrwałam do końca i udało mi się napisać dla Was tego posta. Czasem muszę spiąć poślad i po prostu delikatnie się zmusić, a później to już z górki ;).









